Jesień w górach... Dla mnie pierwsza i na pewno niezapomniana. Widziałam chłodną biel zimy wypełniającą każdy możliwy skrawek ziemi, soczystą zieleń lata prztykaną różnobarwnymi płatkami kwiatów, a teraz mogłam podziwiać kobierce tkane ze złota traw, karminu borówek i głębokiej zieleni kosodrzewiny i świerków.
Niedziela, szósta rano, pociąg relacji Frankfurt nad Menem - Monachium. W krótkich chwilach między jednym tunelem a drugim słońce w taki sposób witało się ze mną tego poranka.
Miałam ostatnio okazję cofnąć się w czasie, powrócić choć na chwilę do przedszkola. Posłuchałam, popatrzyłam na to, co maluchy przygotowały na zakończenie roku. Najlepsze zostawiły na koniec, czyli układ taneczny z wykorzystaniem chust do muzyki klasycznej. Było różnokolorowo na białym tle, wesoło, czasami nieporadnie, ale przede wszystkim uroczo i niewinnie.
Wspaniała pogoda, wspaniali ludzie, a do tego widoki zapierające dech w piersiach, jakich nie widziałam dawno. Uczta dla oczu, ukojenie dla uszu, katorga dla nóg i radosny spokój dla ducha. Beskid Śląski, pasmo Baraniej Góry.
Rzeka nie zważa na nic, nie ma miejsc ważniejszych i tych mniej ważnych. Płynie po swojemu od źródeł do ujścia, nawet jeśli wydawało nam się, że może być inaczej.